GDY ZACZYNASZ SIĘ BUDZIĆ I ŻYĆ W ZGODZIE Z WŁASNYM SERCEM
Dopóki żyjemy w określony, ogólnie przyjęty sposób i zachowujemy się zgodnie z oczekiwaniami innych, mamy pełną aprobatę otoczenia. Nieważne, że wszyscy wokół śpią głębokim snem nieświadomości i nie śni im się nawet, że istnieje coś znacznie więcej, co wykracza poza ich wszelkie wyobrażenia. Najważniejsze, że nikt się nie wychyla. Wtedy jest ok, bo w ogólnie przyjętej normie. I, co więcej, oznacza to , że osobnik dostosował się i uchodzi za „normalnego” w społeczeństwie.
Aż nagle przychodzi taki moment, że ów osobnik zaczyna się budzić. Dość często pierwszym tego objawem jest to, że w środku zaczyna coś „dusić”, uwierać. Dusza zaczyna boleć, a otaczająca rzeczywistość, wcześniej pełna wabików i świecidełek, teraz zdaje się nie mieć żadnego sensu. „Cholera, no przecież musi być coś więcej…” – podejmujesz próbę usłyszenia tego cichego, próbującego przebić się w chaosie dnia, ledwo słyszalnego głosu z najgłębszych poziomów swojego jestestwa. A gdy tylko próbujesz go zagłuszyć, to dusza wysyła sygnały jeszcze większego wewnętrznego bólu, bo nie chce byś o tym głosie zapomniał i zaprzestał poszukiwań… Aż w końcu z dwóch tabletek wybierasz tę czerwoną. Decyzja zapadła i jest nieodwracalna: wyjście z matrixa nieuniknione. I nie ma z tej drogi już odwrotu.
Potem mogą zdarzać się jeszcze momenty, że chciałbyś czasem uciszyć w sobie te tysiące nurtujących pytań, przestać poszukiwać, drążyć i dociekać, bo gdy już wiesz i czujesz więcej podczas gdy inni pozostają w tyle, Twoja dawna więź z bliskimi nie podążającymi w podobnym kierunku nie jest już nigdy taka sama, ulega przeobrażeniu, a do dawnego sposobu życia nie da się powrócić. Wiąże się to na początku z pewnego rodzaju dyskomfortem, ale taka jest cena wolności. Ten dyskomfort to pewnego rodzaju odosobnienie, uczucie oddzielenia od innych do momentu odkrycia potęgi i magii jedności wszystkich i wszystkiego co jest. Jeszcze na początku miewasz momenty, że chcesz być taki jak dawniej, nadal taki jak oni przekonując na siłę siebie, że nie ma sensu zadręczać się czymś, co niewidoczne dla oczu, lecz tylko wyczuwalne intuicyjnie przez duszę. Ale dusza stale wzywa i nie odpuści, dopóki nie osiągnie swego celu, a jest nim to, byśmy nawiązali z nią kontakt, bo tylko wtedy zaczniemy zmierzać w kierunku szczęścia.
Zaczynasz coraz intensywniej się rozwijać, przekraczać własne granice umysłu i powolutku, krok po kroku, wkraczasz tym samym w coraz głębsze stany świadomości. Zaczynasz z fascynacją widzieć, czuć i rozumieć coś więcej, co do tej pory przez tak wiele lat było za zamkniętą zasłoną. Oczy dotychczas patrzyły, ale nie widziały, a oczy słuchały, ale tak naprawdę nie słyszały. Teraz się to zmienia. Zaczynasz dostrzegać, że wszelkie cierpienie jest niepotrzebne. Wielokrotnie pojawia się „Aha!” i chciałbyś podzielić się tą cudowną wiedzą z najbliższymi, ale okazuje się, że uznają Cię za dziwaka, bo po drugiej stronie stoi niewidzialny mur nieświadomości przez który nie ma szans się przebić. Jeszcze nie ten czas. Można doprowadzić konia do wodopoju, ale nie można zmusić go do picia. Pytanie do tych, którzy już połknęli czerwoną tabletkę: czy zdarzyło się Wam podczas całej tej drogi zetknąć się z niezrozumieniem bliskich, rodziny, znajomych? Może ktoś Was wtedy nazwał „dziwakami” tylko dlatego, że chcieliście zacząć żyć inaczej. Może też zmieniliście drastycznie dietę na całkowicie naturalną i zewsząd pojawiły się pytania w stylu „Jak można nie jeść tego czy owego???!!! To czym ty żyjesz???” A potem może z niedowierzaniem i oburzeniem przyglądano się Waszym decyzjom, bo racjonalny umysł każdego dookoła wybrałby wariant „A”, a Wy, ku zaskoczeniu wszystkich, zdecydowaliście się na wariant „B”, który wywołał niemal rewolucję w Waszym otoczeniu.
Czemu zatem wariant „B”???
Bo miał coś, czego żaden ograniczony umysł nigdy nie pojmie: był zgodny z Waszym sercem, z czymś głęboko w środku Was, za czym tak długo tęskniliście, aż w końcu mieliście odwagę za tym podążać: za sobą, by wreszcie żyć w własnej prawdzie. I co z tego, że nie każdy rozumie Twoją drogę. Jesteś tu po to, by żyć swoim życiem, a nie po to, by wszyscy rozumieli…

Gdy zaczynamy słuchać tylko i wyłącznie siebie i jesteśmy sobie wierni, wkraczamy w nową jakość życia. Jest ona lepsza i mądrzejsza, ale to nie znaczy, że łatwiejsza. Można powiedzieć, że na początku nawet milion razy trudniejsza. Jaka jest różnica? Do tej pory były pagórki, a teraz są bardzo strome góry, ale za to tylko one prowadzą na sam szczyt z którego są potem najpiękniejsze widoki. Na szlaku jesteśmy wystawiani na liczne próby. Kto nie odrobi lekcji za pierwszym razem, już za drugim może dostać solidnego kopniaka. W końcu kolejna klasa, to wyższa odpowiedzialność. Wkraczając na drogę serca warto mieć ze sobą Przewodnika, który zawsze będzie szedł pierwszy, byśmy nie zbłądzili ani nie pokaleczyli się o chaszcze. Wtedy zawsze będziemy bezpieczni, nawet gdy za pierwszym razem nie zrozumiemy czego dana lekcja miała nas nauczyć. Najgorsze i najbardziej nieroztropne byłoby zerwanie z naszym Przewodnikiem kontaktu. Dla mnie jest nim Jezus, a Ty sam zdecyduje kim jest Twój Przewodnik. I choćby się waliło i paliło, musimy Mu bezgranicznie ufać. Czy rozumiecie co to znaczy…? Powtórzę jeszcze raz: ufać BEZGRANICZNIE. Bo po pierwsze: tylko ta jakość zaufania potrafi przenieść natychmiastowo istotę ludzką z emocji lęku w energię miłości. Po drugie: tylko ta jakość zaufania pozwoli nam żyć w pełni ze swoim sercem. I po trzecie: tylko ta jakość zaufania pozwala rozluźnić napięte ciało, otrzeć kapiące po policzkach łzy i puścić zaciśnięte pięści, które do tej pory chciały kontrolować i zagarniać mając chęć zatrzymania wszystkiego co cenne i co „moje”, a teraz te same pięści uczą się puszczać i uwalniać uścisk bez obawy o jakąkolwiek stratę. Dopiero gdy uwalniasz swobodnie to, co chciałeś tak usilnie zatrzymać, uczysz się prawdziwie z wdzięcznością przyjmować, a Wszechświat ma ci wtedy znacznie więcej do zaoferowania.
Pamiętaj…
Jeśli żyjesz sercem, bardzo blisko siebie i ufasz, Jezus doprowadzi Cię zawsze tam, za czym tęskni Twoja dusza. Bo jakże Miłość mogłaby nie doprowadzić do samej siebie?


